Zaznacz stronę

Typowa gmina pozbawiona połączeń PKS oznacza dla podatników koszt około 4 milionów rocznie. 1,2 miliona dokłada starostwo”

  1. Kto ma zapłacić te 4 mln?
  2. 1,2 mln dokłada starostwo, czyli co? Z podatków, tak?
    Pytanie nr 1 dla wszystkich intelektualistów-lekkoduchów: czy na przewozach da się zarobić? Widocznie się nie da, skoro linie są zamykane. Zatem pytanie nr 2: kto miałby zapłacić za nierentowne przewozy? Proszę konkretnie, bez ściemy.
    Wbrew pozorom to nie jest problem przewozów ludzi czy czegokolwiek do małych i bardzo małych miejscowości. To jest problem wadliwej struktury społeczeństwa polskiego. Największą bolączką społeczną II RP był nawis demograficzny w postaci tych 75% społeczeństwa żyjącego na wsi, z czego zdecydowana większość, poza Wielkopolską i Pomorzem (d. zabór niemiecki) byli małorolni i bezrolni, do tego w 2/3 analfabeci. Krótko: rezerwuar ludzi zbędnych. W tej chwili mamy sytuację taką, że na wsi mieszka ok. 40% społeczeństwa (czyli o wiele za dużo!!!), 14% ludności pracuje w rolnictwie, wytwarzając mniej niż 5% PKB. Krótko: wieś, poza kilkoma GOSPODARZAMI na kilkudziesięciu hektarach, to rezerwuar ludzi zbędnych, mieszkających na wsi tylko dlatego, że mają (po dziadkach, rodzicach wujkach itd.) po spłachetku ziemi z 2 kozami i kurą, inaczej mówiąc znacznie niższe koszty utrzymania niż mieszkańcy miast, zwłaszcza wielkich, jak Warszawa, Katowice, Trójmiasto, Łódź, Wrocław itd. I co, jeszcze im mało? Mieszkańcy tychże wielkich miast mają im jeszcze dopłacać za przewozy, utrzymywanie poczty, ośrodka zdrowia, szkoły i czego tam jeszcze? W du*ach wam się poprzewracało!
    Byłem swego czasu w Kanadzie, w gazecie natrafiłem na ogłoszenie o wyprzedaży prawie nowych domów po kilka-kilkanaście tysięcy dolarów. Dopiero pod koniec artykułu się dowiedziałem, że to po likwidowanej bazy armii. Co to oznacza? Domki za psie pieniądze, bo w promieniu 100 km nie ma sklepu, baru, poczty ani niczego innego. Dlatego jest tak tanio. Pełna analogia do sytuacji różnych Pierdziszewów w Bieszczadach i podobnych lokalizacjach. Co z tego, że tanio, skoro nigdzie nie można dojechać? Przenieście się do dużych czy średnich miast, wszędzie będzie blisko. W szerokim pasie od Legnicy po Oleśnicę i Brzeg Opolski powstają jak grzyby po deszczy nowiutkie spod igły zakłady produkcyjne, a w ślad za nimi całe osiedla mieszkaniowe w Oławie, Brzegu itd. itp. Po co macie siedzieć w tych popierdółkach i błagać o zmiłowanie, no właśnie, czyje? Ruszcie tyłki, bo nikt wam dopłacać nie będzie. No chyba, że linie autobusowe typu Bieszczady-Tour nagle staną się opłacalne, bo podrożeją odpowiednio bilety.

tradycja_krotkiej_reki 24 minuty temuOceniono 1 raz 1
Gdy czytam o komunikacji zbiorowej, to mnie pusty śmiech ogarnia. Zacząłem dojeżdżać do pracy z Krakowa do jednej z podkrakowskich miejscowości. Wybrałem pociąg. Żeby zdążyć na kurs o 7 musiałem wstawać o 5.30, bo zanim umyję się, zjem śniadanie i dotrę do przystanku trochę potrwa. Dojazd komunikacją miejską to była fikcja, gdyż musiałbym podjechać jeden przystanek, potem przesiąść się na inną linię i podjechać jeden przystanek. Wybrałem zatem spacer.

Ok. 7 rano wsiadałem do pociągu, który jechał na stację docelową 45 minut. Z czego kwadrans stania na głównym. Dlaczego? Bo tak. Chrzanić logikę. Do Krakowa Głównego towarzyszyli mi mieszkańcy podkrakowskich wsi i wiosek. Gwar, głupawe rozmowy, wybuchy głośnego śmiechu. Książki przeczytać nie szło. Muzyki nie mam zamiaru słuchać, bo nie lubię na słuchawkach. Na Głównym wymiana pasażerów. Jedni ludzie ze wsi zamieniali się z innymi, tym razem tymi, którzy do Krakowa przyjechali na stałe. Ich cel? Kraków Biznes Park. Ani to Kraków, bo Zabierzów, ani biznes, bo klepanie faktur to żaden biznes, ani tym bardziej park, bo środek pola.

Korpoludzie tak samo upierdliwi jak mieszkańcy wsi. Rozmowy nieco cichsze, jakkolwiek nadal irytujące. Do tego ciągłe otwieranie i szeleszczenie opakowań i puszek z napojami, na wypadek gdyby w przeciągu tych 15 minut mieli umrzeć z głodu i pragnienia. Tak zniszczony psychicznie na starcie każdego dnia zajeżdżałem dużo przed rozpoczęciem pracy.

Kupiłem auto za tygodniową wypłatę. Stary złom w gazie. Wstaję o 6.30, a na miejscu jestem na czas. Nikt mi nie gada nad głową, niczym nie szeleści i muzykę puszczam jaką lubię. Cenowo wychodzi na to samo, a jestem dziennie 2h do przodu. W skali miesiąca 42h. Dlatego właśnie jeżdżę samochodem, chociaż nie jestem komunikacyjnie wykluczony.

Czy wróciłbym do pociągu? Tylko pod warunkiem, że mógłbym wygodnie dojechać do dworca. Gdyby przejazd skrócił się o ten zbędny czas stania na Głównym. I gdyby współpasażerowie potrafili się zachować. Bo o takich kwiatkach jak „przyjedzie opóźniony o około 40 minut; opóźnienie może ulec zmianie; za opóźnienie przepraszamy” nie będę nawet wspominał.